czwartek, 23 października 2014

Coraz bliżej....Święta (!?)


Czy u Was też Święta są już na wyciągnięcie ręki?? I nie chodzi mi tu, rzecz jasna, o Święto Wszystkich Świętych...


U nas już od jakiś dwóch tygodni (albo i więcej) w sklepach pojawiają się ozdoby świąteczne, słodkie Mikołaje, pierniki i gwiazdy betlejemskie...


W supermarketach są już tradycyjne przysmaki, porcelanowe figurki reniferów i bałwanów, w kioskach królują kolorowe kartki świąteczne, a w drogeriach świąteczne "zestawy specjalne" kosmetyków i perfum.
Wczoraj widziałam też makowca na stół Wigilijny (oczywiście zapakowanego w foliowe opakowanie, pewnie aby wytrzymał jeszcze te dwa miesiące). Co prawda na ulicach nie zagościły jeszcze choinki ale wydaje się, że to kwestia kilku dni...
Dodatkowo pogoda szybko się zmienia. Dni stają się już bardzo zimne. W powietrzu czuje się "zapach" mrozu. Mój małżonek mówi, że "pachnie  śniegiem". Poranki są ciemne i bardzo chłodne, chociaż czasem nawet słowo "chłodne" jest nieadekwatne. Zadziwia mnie to tym bardziej, iż weekend był u nas ciepły i słoneczny. Było około 18-19 stopni. Widziałam odważnych w krótkich spodenkach. Jednak w poniedziałek zaczęło padać i tak - słońca nie widziałam od niedzieli.

U nas wszystkie sklepy i centra handlowe są zamknięte w niedziele. Wszyscy robią zatem zakupy w piątki i soboty ale ostatnio zauważyłam wzmożony ruch na parkingach przy naszych centrach handlowych. Czyżby ludzie już kupowali prezenty? Hmm, właściwie to nie głupie, sama jestem zwolenniczką wcześniejszych i przemyślanych zakupów prezentowych. Pozwala to rozłożyć wydatki w czasie no i unikać tłumów przy kasie na dwa - trzy dni przed 24. Grudnia. Takie zakupy są spokojniejsze i chyba troszkę lepiej zaplanowane. Nawet jeśli drobne.

Nasi sąsiedzi nie mają jeszcze (!) lampek choinkowych w oknach czy na balkonach. Właściwie to nie wiem, czy w ogóle są tutaj takie zwyczaje. (Jeśli u kogoś zobaczę, z pewnością poinformuję:)) Do tej pory widziałam wszędzie jedynie drewniane, "patyczaste" serduszka wiszące na drzwiach, które najwyraźniej traktowane są jako uniwersalna ozdoba. No i kiedyś zauważyłam wielką, żółtą kaczuchę w czepku, trzymającą tabliczkę z napisem "Willkommen". Zrobiona była z tworzywa sztucznego, miała dużo za duże oczy i taki "ludzki" uśmiech więc od razu wiedziałam, że nie stała tam od Wielkanocy.

W każdym razie, już na pierwszy rzut oka widać, że interes się kręci. Słodkie Mikołaje i czekoladowe dukaty (to znaczy euro) w promocyjnych cenach, znikają z półek w zastraszającym tempie. Muszę przyznać, że ja także uległam klimatowi i zrobiłam zimowe zakupy. Kupiłam ciepłe, grube skarpety:) Tak sobie myślę, że jeśli dalej wszystko będzie działo się tak prędko, to może jeszcze przed Sylwestrem się wyrobią i na półkach sklepowych zagoszczą pisanki i barwniki do jaj;) Przecież popyt napędza podaż. A może jest już odwrotnie?

Ehh, jedno tylko mnie w tym wszystkim przygnębia...Odwiedziłam wiele sklepów.

Nigdzie nie widziałam zniczy.


czwartek, 16 października 2014

rzecz o handlu

Kilka dni temu oglądałam w internecie (tak, tak - mamy w końcu ten internet bez limitu!!) filmik, nagrany czyjąś komórką w jednym ze sklepów sieci Lidl w Polsce. Film był krótki ale wymownie prezentował zachowanie klientów, niemalże walczących pomiędzy sobą o towar- bo "rzucili torebki Wittchen" - jak przeczytałam w komentarzach na youtube...
Ktoś inny dodał, że w innych Lidlach też były walki. Ktoś napisał, że torebek było za mało, ktoś jeszcze, że czekał pod sklepem od 7rano.
"Wstyd mi za tych ludzi, wstyd mi za Polaków!!" pisała oburzona internautka. I te właśnie słowa stały się inspiracją do napisania tego posta.

Co prawda, to prawda- rzecz miała miejsce w Polsce. Ale czy nie mogłaby zdarzyć się gdziekolwiek indziej? Czy też polski Lidl ma wyłączność na "skandaliczne" akcje promocyjne? Czy winne są władze marketu czy to mentalność klientów czy cwana postawa handlarzy? No bo jak to jest, że w dzisiejszych czasach, co prawda bez kartek, ale jakże zacięte zastępy klientów, ustawiają się pod sklepem w kolejki, na długo przed otwarciem, aby zdążyć coś zakupić, żeby nie zabrakło, żeby być pierwszym, żeby...hm?

Tak się stało, że opowiadałam o tym filmiku, o tym, co zobaczyłam i przeczytałam, swoim znajomym. Jakże wielkim zaskoczeniem dla mnie była informacja, że im jest to bardzo dobrze znane. Przecież stali wiele razy! Nie, nie w Polsce, ale tutaj.

Ona:
"Pamiętasz, jak była wyprzedaż materacy?! Wstaliśmy o szóstej, chociaż Aldi to nasz najbliższy supermarket!"
On:
"A jak wprowadzili do oferty laptopy, to po pół godzinie od otwarcia były tylko dwa. Jeden kaputt."

Po kilku takich przykładach, dowiedziałam się, że kolejki przed otwarciem i walki w sklepie o towar odbywają się regularnie, jak tylko wyjdzie coś ładnego, modnego, z mocno obniżoną ceną.
Kilka dni potem, w gazetce informacyjnej marketu przeczytałam, że w ofercie od czwartku będzie kolekcja odzieży "metalicznej" czyli takiej, jaka jest tu teraz modna. Postanowiłam spróbować.

W czwartek, o 7.20 siedziałam już w samochodzie, na parkingu przed Aldi:) Moje zaskoczenie, pomieszane z niedowierzaniem, sięgnęło zenitu już 10 minut później, kiedy to pierwsza klientka ustawiła się z wózkiem przed zamkniętymi drzwiami supermarketu.

Siedziałam dalej.

Przez kolejne trzy minuty doszedł jeszcze starszy pan (!), dwie bardzo zagadane kobiety z wyjątkowo mocnym, jak na tę porę dnia makijażem i pani w chuście na głowie.

Siedziałam dalej.

Nagle nadjechał minibus. Po problemach z zaparkowaniem, w końcu wysiadła z niego starsza Pani w okularach. Bardzo elegancka.

Ja - wiadomo.

O 7.51 obawiając się, że przy takiej ilości ludzi, nie wejdę do sklepu przed 10, zdecydowałam się wyjść z samochodu i również zająć miejsce w kolejce. Natychmiast zorientowałam się, że istnieje także uzasadniona potrzeba obrony tego miejsca, żeby nie zostać wypchniętą z kolejki czy "wyłokciowaną".
Sklep otwarto punktualnie o godzinie 8.00. Zrobiła to pracownica zniesmaczona widokiem takiej ilości klientów. Wyglądała na zmęczoną od samych wyobrażeń, co ją czeka tego dnia. Wówczas przemknęło mi przez myśl, że jej współczuję.
Prawie wszyscy oczekujący natychmiast po otwarciu drzwi, pchali swoje wózki i ciała w kierunku koszy z ofertą odzieżową. Przesuwałam się z tłumem, mijając po drodze pachnące, świeże pieczywo, przy którym chyba nikt się nie zatrzymał.

Pierwsze ostre łokcie poczułam, jak tylko zatrzymałam się przy spodniach. Zdawało się, że towaru jest tak wiele, iż wystarczy dla wszystkich. Nie pomyślałam tylko, że odzież różni się nie tylko kolorami czy fasonami ale przede wszystkim rozmiarami. I to okazało się największym problemem i przyczyną kolejnych ciosów, które przyjęłam na żebra.
Przechodząc do ofensywy zadałam sobie sprawę, że różnię się teraz od klientów Lidla, nagranych kogoś telefonem.

Moje doświadczenie pokazało mi też, że w określonych sytuacjach, kiedy okoliczności temu sprzyjają, określone wzorce zachowań są powielane przez ludzi. Dzieje się to niezależnie od obywatelstwa, paszportu a nawet rasy. Nie ma to związku z granicami państw, a nawet z mentalnością Polaków, jak się okazuje. Chyba jedyną możliwością unikania podobnych zachowań, jest powstrzymywanie się od ofert tego typu w supermarketach;) Oczywiście ma to także związek z kulturą osobistą lub jej brakiem ale...

"To nie jest wcale polskie!"- chciałabym powiedzieć tej internautce, którą cytowałam na początku.









piątek, 3 października 2014

popełniłam nowy projekt



Dzisiaj rozpoczynam nowy projekt.

Zastanawiałam się kilka tygodni nad formą i zdecydowałam, że będzie to drugi, odrębny blog:) no i tematyka zgoła inna...bardziej....hmmm marketingowa:) potrzebowałam kilka gadżetów, które mają mi ułatwić realizację pomysłu. I wreszcie jest:)

Wczoraj powstał pierwszy wpis, który poddałam ocenie najbliższych. Dzisiaj wprowadziłam niezbędne zmiany i poprawki:)

Rzecz jasna, nadal zamierzam zamieszczać wpisy związane z naszym życiem na emigracji. Po prostu teraz będę prowadziłam dwa odrębne projekty (oczywiście, jeśli mi internetu na to wszystko wystarczy;p a kto czytał wczorajszy post, ten wie, że z tym różnie bywa).

Trochę dla hobby, trochę dla przyjemności, trochę z ciekawości, a trochę dla tego, że jestem kobietą...sami (albo może lepiej "same") oceńcie co z tym moim nowym pomysłem...

ZAPRASZAM!! :)

http://kosmetik-vonschoenefrau.blogspot.de/2014/10/kolorowy-poczatek.html






czwartek, 2 października 2014

względność i bezwzględność czasu



Nie pisałam dłużej niż chciałam nie pisać, z uwagi na problemy z internetem. Choć tak naprawdę, to nie o internet tu chodzi... Tak czy owak, zainspirował mnie on do napisania kolejnego posta.

W liceum, a nawet na pierwszym roku studiów, nie miałam jeszcze laptopa (a przecież nie jestem znowu taka stara (!?)). Dostęp do internetu miałam w kawiarenkach internetowych lub dzieliłam go z siostrą, ku jej niezadowoleniu, przy komputerze stacjonarnym, który stał w jej pokoju. To były czasy gdy oglądało się youtubowe filmiki na raty, a internet często bez uzasadnionej przyczyny, nieoczekiwanie odmawiał współpracy.
Nieco później odkryłam, że recepta na mulący internet jest prosta i bardzo skuteczna: wyjmij i włóż ponownie kabelek;)
Rok, dwa lata temu, kiedy na tablecie kończył się limit przesyłu danych, po prostu włączałam laptopa i kontynuowałam pracę.
Potem przyszedł czas na internet w telefonie bez konieczności opłacania każdego dodatkowego megabajta informacji;)

Większość z nas pewnie uczestniczyła w podobnej ewolucji internetowej, nie zdając sobie sprawy, jak z biegiem czasu uzależniamy się od tego narzędzia. Niemalże ubezwłasnowolnieni codziennie załatwiamy tysiące spraw online...
Oczywiście problemy z przesyłem danych nadal się zdarzają. Ich skala i rozmiar nie są już chyba jednak horrorem i nie skłaniają do brania Relanium...bo jak pisałam na wstępie nie o internet tu chodzi.

A jednak.

Przez pewien czas po przeprowadzce mieliśmy wyłącznie internet mobilny, jakkolwiek drogi, jednakże niezbędny. Potrzebowaliśmy trochę czasu aby wśród wielu spraw znaleźć czas na zaznajomienie się z ofertą wielu operatorów. W końcu, również na skutek mojego zniecierpliwienia, mój małżonek dokonał wyboru. Umowa została zawarta telefonicznie (jak bardzo wiele umów tutaj) a stosowne dokumenty potwierdzające jej zawarcie miały zostać przesłane tradycyjną pocztą (co już mnie nieco dziwi, bo skoro można zawrzeć ważną z prawnego punktu widzenia umowę przez telefon, to dlaczego nie można przesłać potwierdzenie pocztą elektroniczną, ale to inna sprawa). Problem pojawił się, kiedy po pół godzinie od zawarcia umowy, znaleźliśmy korzystniejszą ofertę... Dodatkowo okazało się, że nasze miejsce zamieszkania nie spełnia wymogów technicznych i tak czy inaczej byliśmy zmuszeni odstąpić od świeżo zawartej umowy, co też uczyniliśmy (ponownie przez telefon).
W ten sam dzień, a była to sobota, udało nam się szczęśliwie zawrzeć inną umowę, z operatorem, który oprócz internetu no limit (co tutaj wcale nie jest takie oczywiste) oferuje większą prędkość przesyłu danych. Byliśmy z siebie zadowoleni aż do poniedziałku, kiedy to, ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, iż przyszła przesyłka z internetem od firmy, z której zrezygnowaliśmy. Nasza irytacja (w tym, szczególnie moja) wzrosła do potęgi, kiedy przez kolejne dni tygodnia przychodziły kolejne przesyłki od tej samej firmy, m.in. kody, karty aktywacyjne, gwarancyjne itd...tymczasem od "naszego" operatora nie dotarło nic. Skwapliwie więc odsyłałam wszystko, co dotyczyło tej "wystornowanej" umowy.
W następną sobotę, po upływie tygodnia, ponownie telefonicznie, próbowaliśmy dociec skąd to opóźnienie. Otrzymaliśmy tylko zdawkowe zapewnienie, że jeśli wyczekiwana przesyłka nie dotrze w tę właśnie sobotę- będzie to poniedziałek. W międzyczasie, żeby nie było za wesoło, "skończył się" nam internet mobilny, jedyne nasze okno na świat.
Od wczesnych godzin poniedziałku oczekiwałam przesyłki:) Dotarła pod wieczór! Tym razem jednak czekała mnie kolejna niespodzianka- przesyłka zawierała bowiem pierwszy rachunek za korzystanie z internetu wraz z opłatami aktywacyjnymi, oczywiście od firmy, z której usług (przecież na samym początku!!) zrezygnowaliśmy.

Poczułam pilną potrzebę zażycia Relanium...

I tak upłynął kolejny tydzień- wyczekiwanie- telefony- bezowocne tłumaczenia (zarówno jednej, jak i drugiej firmy). Udało nam się wywalczyć potwierdzenie odstąpienia od zawartej umowy z pierwszą firmą. Co ciekawe, ten "dokument" wysłano jednak pocztą elektroniczną.

Co do wyczekiwanej przesyłki, pewien bardziej rozeznany- jak się okazało- pracownik działu obsługi klienta, przekazał nam zaskakującą, także dla niego, informację o tym, że nasza "paczka" zostanie nam dostarczona dokładnie 28. października. W szoku zapomniałam zapytać, czy chodzi o bieżący rok.



(Relanium)

Ostatecznie mój małżonek postawił sprawę na ostrzu noża- albo będziemy mieli internet w przeciągu trzech dni, albo rezygnujemy z usług tego operatora.
Podziałało.

Dzisiaj rano, brałam prysznic, kiedy usłyszałam przyjazny dźwięk dzwonka do drzwi. Wyskoczyłam z łazienki jak oparzona, ale zdążyłam jedynie zauważyć pana, który oddalał się śpiesznie w kierunku skrzyżowania. W jego ręku dostrzegłam naszą upragnioną przesyłkę...
Byłam zdesperowana, ale chyba nie aż tak, żeby wybiec w samym ręczniku na ulicę, może gdyby jeszcze było lato...ale nie, z resztą i tak już było za późno.

(Relanium)

Wtedy mniej więcej zdałam sobie sprawę, że tu nie chodzi o sam internet ale bardziej o czas, który bez dostępu do sieci, bez możliwości pracy, czytania wiadomości, newsów, korzystania z e-maila, komunikatorów, portali społecznościowych, zakupów online, oglądania filmów, pisania bloga, tworzenia nowych projektów itd. staje się czasem straconym (!?) a na pewno nie w pełni wykorzystanym. Czas zdecydowanie wydłuża się jeśli na coś czekamy... Ale też skraca się jeśli mamy szybki internet;)
Zrezygnowana, nie mając zbytnio innego wyjścia, musiałam więc ponownie "załadować" swój mobilny internet.

Jutro też jest dzień! A nawet szczególny, wyjątkowy i... wolny bo przypada Święto Narodowe.

No cóż, pozostaje mi poczekać do kolejnego poniedziałku...