czwartek, 23 października 2014

Coraz bliżej....Święta (!?)


Czy u Was też Święta są już na wyciągnięcie ręki?? I nie chodzi mi tu, rzecz jasna, o Święto Wszystkich Świętych...


U nas już od jakiś dwóch tygodni (albo i więcej) w sklepach pojawiają się ozdoby świąteczne, słodkie Mikołaje, pierniki i gwiazdy betlejemskie...


W supermarketach są już tradycyjne przysmaki, porcelanowe figurki reniferów i bałwanów, w kioskach królują kolorowe kartki świąteczne, a w drogeriach świąteczne "zestawy specjalne" kosmetyków i perfum.
Wczoraj widziałam też makowca na stół Wigilijny (oczywiście zapakowanego w foliowe opakowanie, pewnie aby wytrzymał jeszcze te dwa miesiące). Co prawda na ulicach nie zagościły jeszcze choinki ale wydaje się, że to kwestia kilku dni...
Dodatkowo pogoda szybko się zmienia. Dni stają się już bardzo zimne. W powietrzu czuje się "zapach" mrozu. Mój małżonek mówi, że "pachnie  śniegiem". Poranki są ciemne i bardzo chłodne, chociaż czasem nawet słowo "chłodne" jest nieadekwatne. Zadziwia mnie to tym bardziej, iż weekend był u nas ciepły i słoneczny. Było około 18-19 stopni. Widziałam odważnych w krótkich spodenkach. Jednak w poniedziałek zaczęło padać i tak - słońca nie widziałam od niedzieli.

U nas wszystkie sklepy i centra handlowe są zamknięte w niedziele. Wszyscy robią zatem zakupy w piątki i soboty ale ostatnio zauważyłam wzmożony ruch na parkingach przy naszych centrach handlowych. Czyżby ludzie już kupowali prezenty? Hmm, właściwie to nie głupie, sama jestem zwolenniczką wcześniejszych i przemyślanych zakupów prezentowych. Pozwala to rozłożyć wydatki w czasie no i unikać tłumów przy kasie na dwa - trzy dni przed 24. Grudnia. Takie zakupy są spokojniejsze i chyba troszkę lepiej zaplanowane. Nawet jeśli drobne.

Nasi sąsiedzi nie mają jeszcze (!) lampek choinkowych w oknach czy na balkonach. Właściwie to nie wiem, czy w ogóle są tutaj takie zwyczaje. (Jeśli u kogoś zobaczę, z pewnością poinformuję:)) Do tej pory widziałam wszędzie jedynie drewniane, "patyczaste" serduszka wiszące na drzwiach, które najwyraźniej traktowane są jako uniwersalna ozdoba. No i kiedyś zauważyłam wielką, żółtą kaczuchę w czepku, trzymającą tabliczkę z napisem "Willkommen". Zrobiona była z tworzywa sztucznego, miała dużo za duże oczy i taki "ludzki" uśmiech więc od razu wiedziałam, że nie stała tam od Wielkanocy.

W każdym razie, już na pierwszy rzut oka widać, że interes się kręci. Słodkie Mikołaje i czekoladowe dukaty (to znaczy euro) w promocyjnych cenach, znikają z półek w zastraszającym tempie. Muszę przyznać, że ja także uległam klimatowi i zrobiłam zimowe zakupy. Kupiłam ciepłe, grube skarpety:) Tak sobie myślę, że jeśli dalej wszystko będzie działo się tak prędko, to może jeszcze przed Sylwestrem się wyrobią i na półkach sklepowych zagoszczą pisanki i barwniki do jaj;) Przecież popyt napędza podaż. A może jest już odwrotnie?

Ehh, jedno tylko mnie w tym wszystkim przygnębia...Odwiedziłam wiele sklepów.

Nigdzie nie widziałam zniczy.


czwartek, 16 października 2014

rzecz o handlu

Kilka dni temu oglądałam w internecie (tak, tak - mamy w końcu ten internet bez limitu!!) filmik, nagrany czyjąś komórką w jednym ze sklepów sieci Lidl w Polsce. Film był krótki ale wymownie prezentował zachowanie klientów, niemalże walczących pomiędzy sobą o towar- bo "rzucili torebki Wittchen" - jak przeczytałam w komentarzach na youtube...
Ktoś inny dodał, że w innych Lidlach też były walki. Ktoś napisał, że torebek było za mało, ktoś jeszcze, że czekał pod sklepem od 7rano.
"Wstyd mi za tych ludzi, wstyd mi za Polaków!!" pisała oburzona internautka. I te właśnie słowa stały się inspiracją do napisania tego posta.

Co prawda, to prawda- rzecz miała miejsce w Polsce. Ale czy nie mogłaby zdarzyć się gdziekolwiek indziej? Czy też polski Lidl ma wyłączność na "skandaliczne" akcje promocyjne? Czy winne są władze marketu czy to mentalność klientów czy cwana postawa handlarzy? No bo jak to jest, że w dzisiejszych czasach, co prawda bez kartek, ale jakże zacięte zastępy klientów, ustawiają się pod sklepem w kolejki, na długo przed otwarciem, aby zdążyć coś zakupić, żeby nie zabrakło, żeby być pierwszym, żeby...hm?

Tak się stało, że opowiadałam o tym filmiku, o tym, co zobaczyłam i przeczytałam, swoim znajomym. Jakże wielkim zaskoczeniem dla mnie była informacja, że im jest to bardzo dobrze znane. Przecież stali wiele razy! Nie, nie w Polsce, ale tutaj.

Ona:
"Pamiętasz, jak była wyprzedaż materacy?! Wstaliśmy o szóstej, chociaż Aldi to nasz najbliższy supermarket!"
On:
"A jak wprowadzili do oferty laptopy, to po pół godzinie od otwarcia były tylko dwa. Jeden kaputt."

Po kilku takich przykładach, dowiedziałam się, że kolejki przed otwarciem i walki w sklepie o towar odbywają się regularnie, jak tylko wyjdzie coś ładnego, modnego, z mocno obniżoną ceną.
Kilka dni potem, w gazetce informacyjnej marketu przeczytałam, że w ofercie od czwartku będzie kolekcja odzieży "metalicznej" czyli takiej, jaka jest tu teraz modna. Postanowiłam spróbować.

W czwartek, o 7.20 siedziałam już w samochodzie, na parkingu przed Aldi:) Moje zaskoczenie, pomieszane z niedowierzaniem, sięgnęło zenitu już 10 minut później, kiedy to pierwsza klientka ustawiła się z wózkiem przed zamkniętymi drzwiami supermarketu.

Siedziałam dalej.

Przez kolejne trzy minuty doszedł jeszcze starszy pan (!), dwie bardzo zagadane kobiety z wyjątkowo mocnym, jak na tę porę dnia makijażem i pani w chuście na głowie.

Siedziałam dalej.

Nagle nadjechał minibus. Po problemach z zaparkowaniem, w końcu wysiadła z niego starsza Pani w okularach. Bardzo elegancka.

Ja - wiadomo.

O 7.51 obawiając się, że przy takiej ilości ludzi, nie wejdę do sklepu przed 10, zdecydowałam się wyjść z samochodu i również zająć miejsce w kolejce. Natychmiast zorientowałam się, że istnieje także uzasadniona potrzeba obrony tego miejsca, żeby nie zostać wypchniętą z kolejki czy "wyłokciowaną".
Sklep otwarto punktualnie o godzinie 8.00. Zrobiła to pracownica zniesmaczona widokiem takiej ilości klientów. Wyglądała na zmęczoną od samych wyobrażeń, co ją czeka tego dnia. Wówczas przemknęło mi przez myśl, że jej współczuję.
Prawie wszyscy oczekujący natychmiast po otwarciu drzwi, pchali swoje wózki i ciała w kierunku koszy z ofertą odzieżową. Przesuwałam się z tłumem, mijając po drodze pachnące, świeże pieczywo, przy którym chyba nikt się nie zatrzymał.

Pierwsze ostre łokcie poczułam, jak tylko zatrzymałam się przy spodniach. Zdawało się, że towaru jest tak wiele, iż wystarczy dla wszystkich. Nie pomyślałam tylko, że odzież różni się nie tylko kolorami czy fasonami ale przede wszystkim rozmiarami. I to okazało się największym problemem i przyczyną kolejnych ciosów, które przyjęłam na żebra.
Przechodząc do ofensywy zadałam sobie sprawę, że różnię się teraz od klientów Lidla, nagranych kogoś telefonem.

Moje doświadczenie pokazało mi też, że w określonych sytuacjach, kiedy okoliczności temu sprzyjają, określone wzorce zachowań są powielane przez ludzi. Dzieje się to niezależnie od obywatelstwa, paszportu a nawet rasy. Nie ma to związku z granicami państw, a nawet z mentalnością Polaków, jak się okazuje. Chyba jedyną możliwością unikania podobnych zachowań, jest powstrzymywanie się od ofert tego typu w supermarketach;) Oczywiście ma to także związek z kulturą osobistą lub jej brakiem ale...

"To nie jest wcale polskie!"- chciałabym powiedzieć tej internautce, którą cytowałam na początku.









piątek, 3 października 2014

popełniłam nowy projekt



Dzisiaj rozpoczynam nowy projekt.

Zastanawiałam się kilka tygodni nad formą i zdecydowałam, że będzie to drugi, odrębny blog:) no i tematyka zgoła inna...bardziej....hmmm marketingowa:) potrzebowałam kilka gadżetów, które mają mi ułatwić realizację pomysłu. I wreszcie jest:)

Wczoraj powstał pierwszy wpis, który poddałam ocenie najbliższych. Dzisiaj wprowadziłam niezbędne zmiany i poprawki:)

Rzecz jasna, nadal zamierzam zamieszczać wpisy związane z naszym życiem na emigracji. Po prostu teraz będę prowadziłam dwa odrębne projekty (oczywiście, jeśli mi internetu na to wszystko wystarczy;p a kto czytał wczorajszy post, ten wie, że z tym różnie bywa).

Trochę dla hobby, trochę dla przyjemności, trochę z ciekawości, a trochę dla tego, że jestem kobietą...sami (albo może lepiej "same") oceńcie co z tym moim nowym pomysłem...

ZAPRASZAM!! :)

http://kosmetik-vonschoenefrau.blogspot.de/2014/10/kolorowy-poczatek.html






czwartek, 2 października 2014

względność i bezwzględność czasu



Nie pisałam dłużej niż chciałam nie pisać, z uwagi na problemy z internetem. Choć tak naprawdę, to nie o internet tu chodzi... Tak czy owak, zainspirował mnie on do napisania kolejnego posta.

W liceum, a nawet na pierwszym roku studiów, nie miałam jeszcze laptopa (a przecież nie jestem znowu taka stara (!?)). Dostęp do internetu miałam w kawiarenkach internetowych lub dzieliłam go z siostrą, ku jej niezadowoleniu, przy komputerze stacjonarnym, który stał w jej pokoju. To były czasy gdy oglądało się youtubowe filmiki na raty, a internet często bez uzasadnionej przyczyny, nieoczekiwanie odmawiał współpracy.
Nieco później odkryłam, że recepta na mulący internet jest prosta i bardzo skuteczna: wyjmij i włóż ponownie kabelek;)
Rok, dwa lata temu, kiedy na tablecie kończył się limit przesyłu danych, po prostu włączałam laptopa i kontynuowałam pracę.
Potem przyszedł czas na internet w telefonie bez konieczności opłacania każdego dodatkowego megabajta informacji;)

Większość z nas pewnie uczestniczyła w podobnej ewolucji internetowej, nie zdając sobie sprawy, jak z biegiem czasu uzależniamy się od tego narzędzia. Niemalże ubezwłasnowolnieni codziennie załatwiamy tysiące spraw online...
Oczywiście problemy z przesyłem danych nadal się zdarzają. Ich skala i rozmiar nie są już chyba jednak horrorem i nie skłaniają do brania Relanium...bo jak pisałam na wstępie nie o internet tu chodzi.

A jednak.

Przez pewien czas po przeprowadzce mieliśmy wyłącznie internet mobilny, jakkolwiek drogi, jednakże niezbędny. Potrzebowaliśmy trochę czasu aby wśród wielu spraw znaleźć czas na zaznajomienie się z ofertą wielu operatorów. W końcu, również na skutek mojego zniecierpliwienia, mój małżonek dokonał wyboru. Umowa została zawarta telefonicznie (jak bardzo wiele umów tutaj) a stosowne dokumenty potwierdzające jej zawarcie miały zostać przesłane tradycyjną pocztą (co już mnie nieco dziwi, bo skoro można zawrzeć ważną z prawnego punktu widzenia umowę przez telefon, to dlaczego nie można przesłać potwierdzenie pocztą elektroniczną, ale to inna sprawa). Problem pojawił się, kiedy po pół godzinie od zawarcia umowy, znaleźliśmy korzystniejszą ofertę... Dodatkowo okazało się, że nasze miejsce zamieszkania nie spełnia wymogów technicznych i tak czy inaczej byliśmy zmuszeni odstąpić od świeżo zawartej umowy, co też uczyniliśmy (ponownie przez telefon).
W ten sam dzień, a była to sobota, udało nam się szczęśliwie zawrzeć inną umowę, z operatorem, który oprócz internetu no limit (co tutaj wcale nie jest takie oczywiste) oferuje większą prędkość przesyłu danych. Byliśmy z siebie zadowoleni aż do poniedziałku, kiedy to, ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, iż przyszła przesyłka z internetem od firmy, z której zrezygnowaliśmy. Nasza irytacja (w tym, szczególnie moja) wzrosła do potęgi, kiedy przez kolejne dni tygodnia przychodziły kolejne przesyłki od tej samej firmy, m.in. kody, karty aktywacyjne, gwarancyjne itd...tymczasem od "naszego" operatora nie dotarło nic. Skwapliwie więc odsyłałam wszystko, co dotyczyło tej "wystornowanej" umowy.
W następną sobotę, po upływie tygodnia, ponownie telefonicznie, próbowaliśmy dociec skąd to opóźnienie. Otrzymaliśmy tylko zdawkowe zapewnienie, że jeśli wyczekiwana przesyłka nie dotrze w tę właśnie sobotę- będzie to poniedziałek. W międzyczasie, żeby nie było za wesoło, "skończył się" nam internet mobilny, jedyne nasze okno na świat.
Od wczesnych godzin poniedziałku oczekiwałam przesyłki:) Dotarła pod wieczór! Tym razem jednak czekała mnie kolejna niespodzianka- przesyłka zawierała bowiem pierwszy rachunek za korzystanie z internetu wraz z opłatami aktywacyjnymi, oczywiście od firmy, z której usług (przecież na samym początku!!) zrezygnowaliśmy.

Poczułam pilną potrzebę zażycia Relanium...

I tak upłynął kolejny tydzień- wyczekiwanie- telefony- bezowocne tłumaczenia (zarówno jednej, jak i drugiej firmy). Udało nam się wywalczyć potwierdzenie odstąpienia od zawartej umowy z pierwszą firmą. Co ciekawe, ten "dokument" wysłano jednak pocztą elektroniczną.

Co do wyczekiwanej przesyłki, pewien bardziej rozeznany- jak się okazało- pracownik działu obsługi klienta, przekazał nam zaskakującą, także dla niego, informację o tym, że nasza "paczka" zostanie nam dostarczona dokładnie 28. października. W szoku zapomniałam zapytać, czy chodzi o bieżący rok.



(Relanium)

Ostatecznie mój małżonek postawił sprawę na ostrzu noża- albo będziemy mieli internet w przeciągu trzech dni, albo rezygnujemy z usług tego operatora.
Podziałało.

Dzisiaj rano, brałam prysznic, kiedy usłyszałam przyjazny dźwięk dzwonka do drzwi. Wyskoczyłam z łazienki jak oparzona, ale zdążyłam jedynie zauważyć pana, który oddalał się śpiesznie w kierunku skrzyżowania. W jego ręku dostrzegłam naszą upragnioną przesyłkę...
Byłam zdesperowana, ale chyba nie aż tak, żeby wybiec w samym ręczniku na ulicę, może gdyby jeszcze było lato...ale nie, z resztą i tak już było za późno.

(Relanium)

Wtedy mniej więcej zdałam sobie sprawę, że tu nie chodzi o sam internet ale bardziej o czas, który bez dostępu do sieci, bez możliwości pracy, czytania wiadomości, newsów, korzystania z e-maila, komunikatorów, portali społecznościowych, zakupów online, oglądania filmów, pisania bloga, tworzenia nowych projektów itd. staje się czasem straconym (!?) a na pewno nie w pełni wykorzystanym. Czas zdecydowanie wydłuża się jeśli na coś czekamy... Ale też skraca się jeśli mamy szybki internet;)
Zrezygnowana, nie mając zbytnio innego wyjścia, musiałam więc ponownie "załadować" swój mobilny internet.

Jutro też jest dzień! A nawet szczególny, wyjątkowy i... wolny bo przypada Święto Narodowe.

No cóż, pozostaje mi poczekać do kolejnego poniedziałku...


wtorek, 23 września 2014

Trödelmarkt - oszczędzanie przez kupowanie (!?)

Nikt nie lubi drożyzny...
Nikt nie lubi przepłacać, wydawać na coś więcej pieniędzy niż to przewidziane, zaplanowane, więcej niż nam się wydaje, że to konieczne...
Choć z drugiej strony istnieją rzeczy, na które wydać pieniądze jest łatwiej, które cieszą nas bardziej niż inne (chociaż niekoniecznie są jednocześnie bardziej potrzebne aniżeli inne).
W obliczu światowego kryzysu, większość z nas szuka sposobów na oszczędzanie. Są na to rozmaite pomysły.
Najczęściej chyba oszczędzanie polega na rezygnacji z kupowania tego, co sprawia nam przyjemność. Dzięki temu możemy zapłacić za coś, co nie dość, że nie sprawia przyjemności, to jeszcze dołuje nas, a czasem nawet zdaje się być niesprawiedliwie ponoszonym kosztem (tak bywa zwykle z wszelkiego rodzaju rachunkami:))
Innym sposobem oszczędzania jest tak zwane "oszczędzanie na rachunkach" na rzecz przyjemności. Ten model charakteryzuje się zaprzestaniem płacenia rachunków i przeznaczaniem zaoszczędzonych w ten sposób pieniędzy na rzeczy i sprawy ważniejsze dla naszego zdrowia psychicznego jak np nowy mebel czy nowe buty. Niestety realizacja tego typu modelu możliwa jest jedynie w krótkim lub bardzo krótkim czasie:)

Ostatnio, na jakiejś przypadkowo otwartej stronie internetowej przeczytałam, że "kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby się przypodobać osobom, których wcale nie lubimy."
Pomyślałam: "Mów za siebie dowcipnisiu!!"
Jakkolwiek mogłabym jeszcze zgodzić się czasem z pierwszą, a nawet i drugą częścią zdania, to trzecia wydaje mi się być napisana jedynie po to, żeby facet, który to wymyślił, lepiej się poczuł...Dlaczego facet? Do końca nie wiem, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, żeby to były słowa kobiety...

Wobec wszystkich powyższych rozważań, ideałem zdaje się być wizja wydawania i oszczędzania jednocześnie:) to byłoby coś:) Naturalnym sposobem na to jest oczywiście kupowanie rzeczy tańszych, niejako towarów zastępczych albo, inaczej to ujmując- ekonomicznych alternatyw naszych potrzeb. Na przykład pomidory. Można przecież wybrać tańsze a mimo to mające smak pomidora. Co innego czosnek- tutaj chyba każdy wie, że tylko jeden wybór jest właściwy...;)
No tak, ale co z naszą psychiką, jak zadbać o równowagę wewnętrzna i to zadowolenie, które sprawia, iż na twarzy pojawia się uśmiech?

W naszym kraju mamy allegro, Zachód ma ebay'a ale co ze sprzedażą bezpośrednią? Otóż po przeprowadzce tutaj, odkryłam Trödelmarkty i Flohmarkty! Pewnie nie trzeba zbyt wiele tłumaczyć, że są to miejsca, gdzie gromadzą się osoby prywatne, rzadziej zawodowi handlarze sprzedający swoje rzeczy, oferujący towary tak używane, jak i nowe, praktycznie z wszystkich działów i dziedzin, po cenach hmmm, jakby to ująć- niższych niż sklepowe:)
Taka forma sprzedaży jest rzecz jasna całkowicie legalna. Sprzedający muszą wykupić pozwolenia i opłacić swoje miejsca. Przypomina to wyprzedaż garażową tylko taką naprawdę dużych rozmiarów. Ludzie sprzedają i kupują tu wszystko: od chemii gospodarstwa domowego, narzędzi i sprzętu rtv, poprzez meble różnych epok i stylów do odzieży, dodatków i biżuterii...
Byłam w takim miejscu już kilkakrotnie i mogę powiedzieć, że przypomina to polowanie- chodzi się od stoiska, do stoiska jak po jarmarku dominikańskim. Tyle, że wachlarz produktów jest znacznie szerszy.
Informacje o zbliżającym się Flohmarktcie można znaleźć na długo wcześniej na plakatach w mieście, a także w gazetach czy internecie. Na Trödelmarkt należy przyjechać wcześnie rano, właśnie z uwagi na to, że przeważająca liczba towarów jest w pojedynczej liczbie, a sprzedający ustawiają się od 5 rano, czasem wcześniej... Jest to- według mnie- jakaś ofiara, gdyż wczesne wstawanie w weekendy, nie jest moją mocna stroną ale jednocześnie muszę przyznać- w tym wypadku opłaca się:) Ze względu na tak urozmaicony asortyment, polują tu zarówno kobiety jak i mężczyźni.
Nieodłącznym elementem takiego Trödelka jest targowanie się:) Ja uczę się tej sztuki od znajomej mistrzyni w tej dziedzinie;) I takim sposobem za naprawdę niewielkie pieniądze można kupić zarówno to, co bezwzględnie niezbędne, jak i to, co mało potrzebne ale za to ma inne zalety;) Z uwagi na tak szeroką gamę produktów oraz fakt, że są i nowe i używane, można upolować prezenty dla najbliższych (lub dla siebie), kupić pieluszki czy zabawki dla maluchów, filmy, które już są dostępne na dvd albo na przykład nowe żelazko!:D
Ja kupiłam (między innymi) nowe kryształowe kieliszki, o takie:)


(i apaszkę też;))

Niekiedy ludzie sprzedają też własne wyroby lub wymieniają się nimi. Niektórzy oferują też usługi, jak np dorabianie kluczy albo wymiana baterii w zegarku...Bardzo podoba mi się taka inicjatywa.
Inni sprzedają świeże warzywa i owoce jak na naszych bazarkach. Tanio i świeżo.
Na jarmarku szybko mija czas, zakupy dzięki możliwości targowania się są emocjonujące i ciekawe. Różnorodność towarów sprawia też, że chcę się iść dalej aby odwiedzić wszystkie stoiska...

Po wszystkim, pozostaje zadowolenie z polowania, pełno produktów w bagażniku i uśmiech na myśl o tym ile się zaoszczędziło:) niestety efektem ubocznym bywa też pusty porfel...Nie wiem zatem do końca, jak długo sprawdza się omawiana tu forma oszczędzania;)
Jednak myślę sobie, że lepiej mieć pusty portfel ale pełne torby zakupów i zadowolenie wypisane na twarzy aniżeli pusty porfel, puste torby i depresje!

czwartek, 18 września 2014

Tak blisko, a tak daleko czyli o różnicach (nie) tylko kulturowych




Temat szczególnie mi bliski...nie tylko ze względu na studia, po prostu jakoś zawsze mnie pociągały różnice w mentalności ludzi mieszkających w różnych częściach globu. Egzotyczne zachowania, nie do końca zrozumiałe dla mnie -tym bardziej interesujące- systemy wartości, wierzenia, kultura...

Ale nasi sąsiedzi? Czy mogą być na tyle odmienni, by warto było o tym wspominać? Kraj ościenny, tak dobrze znany wszystkim, którzy byli tam choć raz. Chyba każdy nasz rodak potrafi powiedzieć coś o Zachodzie Europy, mało jest nie mających zdania, doświadczeń, choćby tych "ze słyszenia". Każdy ma zatem jakieś skojarzenia.

Ja też miałam:) Nadszedł taki moment, kiedy musiałam zacząć konfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością...i dostrzegać różnice.
I powiem tyle: jest co dostrzegać:)

Na zachód od Odry wszystko zdaje się mieć swoje miejsce, swój czas i swój przepis. Nic nie wynika z niczego. Za to wszystko jest jakby mocno osadzone w rzeczywistości. Mój małżonek często mawia, że w jego kraju nawet ptaki wiedzą kiedy wolno im śpiewać, a muchy wiedzą gdzie mają latać. Uważam, że to dobra (póki co jeszcze) metafora.
W miejscu, w którym mieszkamy, przepisy państwowe i wewnętrzne, prawo Landu, zasady współżycia społecznego, reguły życia w blokach tzw Hausordnung, niepisane zwyczaje i szereg tradycji regulują prawie wszystkie aspekty życia obywateli. Na razie nie spotkałam się jeszcze z płaszczyzną życia, wolną od zasad czy przepisów i pozostawioną do samodzielnych decyzji, jakkolwiek wolnych obywateli.
Trzeba przyznać, iż takie życie z jednej strony ogranicza swobody ludzi i prawa wyboru dotyczącego czegokolwiek, jak miejsca parkingowego przed blokiem, posiadania zwierząt domowych, zakładania działalności gospodarczej i wyboru jej formy, brania prysznica o dowolnie wybranej godzinie itd...Wiele spraw poddanych jest rygorowi jak gdyby "dowolności pozornej" polegającej na tym, że teoretycznie można dokonać wyboru, ale w praktyce jest tylko jeden wybór. Tak jest np. z ubezpieczeniami. I tak- nie ma przymusu posiadania ubezpieczenia na wypadek sporów prawnych. Lepiej jest jednak je mieć bo bez tego nawet zmiana sieci komórkowej może okazać się problemem nie do przejścia. A adwokaci się cenią wyżej niż ci u nas:) W przypadku choćby sporu z sąsiadem bez ubezpieczenia prawnego stoi się na przegranej pozycji.
Podobnie rzecz ma się w przypadku łóżek wodnych- które należy ubezpieczać z uwagi na szkody, jakie mogłyby powstać, gdyby łoże takie uległo znacznemu uszkodzeniu, powodującemu z kolei niedające się łatwo usunąć szkody na ruchomościach bezpośrednio przyległych. Krótko mówiąc gdyby woda z łóżka wylała się w całości na ściany i podłogę.
Z drugiej strony, najliczniejsze państwo UE musi przecież jakoś radzić sobie z ciągle rosnącą liczbą ludności, w dużej mierze napływowej. Ciągłe dążenie do kontroli i (częściowo możliwa do zrozumienia) chęć jakoby "ogarnięcia" tej całej populacji powoduje czasem ekstremalne piętrzenia się formalności. Za przykład może tu posłużyć komórka na tzw kartę. U nas, nie trzeba jej nawet, jak wiadomo rejestrować, wystarczy kupić kartę i włożyć do telefonu. Otóż, tu jest zupełnie inaczej. Zakupioną kartę należy najpierw zarejestrować przez internet podając wszystkie swoje dane datę urodzenia, adres i numer dowodu osobistego. Następnie należy zaakceptować warunki umowy, zobowiązując się tym samym do regularnego "ładowania go" za określoną kwotę. Potem następuje okres weryfikacji, to oznacza, że sprawdzana jest prawdziwość danych i już po 24 do 48 godzin można korzystać z telefonu:)
Robiąc przelew pocztowy, w tak zwanym PostBanku również należy podawać wszystkie swoje dane, nie wyłączając daty i miejsca urodzenia. Przy wybieraniu banku natomiast, należy wykazać się wyjątkową rozwagą. Trzeba szczegółowo rozeznać sytuację, zorientować się jakich bank jest rozmiarów, w jakich miastach ma filie i oddziały, a i to nie zabezpieczy przed wpadką typu: "może Pani wykonać przelew tylko w banku, w którym fizycznie zakładała Pani konto, tylko tam może Pani też wpłacić gotówkę na swoje konto", mimo, że nazwa banku jest ta sama, ale miasto inne, a banki ze sobą nie współpracują. Oznacza to w praktyce, że każdy oddział tego samego banku jest traktowany jako osobny bank...
Ciekawe i warte wspomnienia jest także podejście do religii i kościoła, który utrzymuje się nie tylko z dobrowolnych datków, ale także określonych podatków. Dlatego przy zameldowaniu, każdy urzędnik zapyta o wyznanie...Cóż, jestem katoliczką, modlę się i uczęszczam do kościoła.
Tu spotkałam się z kościołami różnych wyznań, co wiąże się naturalnie, z różnymi praktykami religijnymi, ale o tym innym razem. Tutaj chciałam zaakcentować ciekawostkę dotyczącą jedynie katolickiego kościoła, w obrządku rzymsko-katolickim, a więc tym, znanym mi całe życie. Zauważyłam bowiem, iż ludzie w dużej ilości przystępują do sakramentów. A dokładniej to do jednego sakramentu, jakim jest Komunia Święta. Bo ze spowiedzią to już wygląda zupełnie inaczej. Z tygodnia na tydzień, podczas kolejnych mszy świętych, ku mojemu zaskoczeniu, upewniałam się w pierwotnych przypuszczeniach. Ludzie nie chodzą do spowiedzi, a na pewno nie tak licznie, jak do Komunii Św...dlaczego tak jest? Otóż kościół kultywuje tu tradycję "spowiedzi powszechnej" w dosłownym tego słowa znaczeniu. Interesujące? Jeszcze bardziej ciekawe stało się, kiedy moi znajomi opowiedzieli mi, jak ich syn był przygotowywany do Pierwszej Komunii. Według ich relacji, wszyscy rodzice wraz z pociechami zostali poinformowani, że planowana jest pierwsza spowiedź oraz, iż każde dziecko, które tego pragnie, może przystąpić do tego sakramentu. Nie było jednak żadnego nakazu w tym względzie. W rezultacie do pierwszej spowiedzi przystąpiło kilkoro dzieciaczków. W uroczystym dniu Pierwszej Komunii Świętej do kościoła przybyło zaś kilkadziesiąt...i tyleż przyjęło ten sakrament.
Aby zachować pełną uczciwość, podkreślam, iż nie widziałam tego na własne oczy, a jedynie słyszałam relację znajomych. Jednak co tydzień chodzę do kościoła. I jak się przekonuję, nawet na tym polu są różnice.

O różnicach w mentalności, ciekawych zachowaniach i interesujących przekonaniach z pewnością napiszę jeszcze wielokrotnie...Nie sposób zawrzeć wszystkich lub choćby większości spostrzeżeń w jednym poście. Warto zauważyć, iż duże skupiska ludzkie, szczególnie większe miasta i metropolie zapełniają się wciąż przybywającą ludnością napływową. Emigrantami, uchodźcami lub ludźmi powracającymi po latach zagranicą, albo po prostu poszukującymi swojego miejsca na świecie. Sprawia to, że kraj ten zaczyna wypełniać społeczeństwo multi-kulti, tym bardziej atrakcyjne obyczajowo i kulturowo.



piątek, 12 września 2014

Co znaczy "egal" ??


Pierwszy tydzień był już jakiś czas temu...
Mówi się, że "początki" są zawsze trudne. Hmm. Myślę, że przeważnie to prawda i dlatego staram się nie oczekiwać zbyt wiele (przynajmniej na początku;)).

Pierwszy tydzień pokazał mi, że takie podejście jest słuszne i powstało jedynie pytanie: jak długo trwają "początki"?

Skwapliwie podeszłam do obserwacji nowego otoczenia i nauki obowiązujących w nim reguł. Ucząc się obcego języka w swoim ojczystym kraju, nigdy nie wychwyci się subtelnych znaczeń wyrażeń, sensu ukrytego pod słownikowym znaczeniem danego słowa. Nie do końca wiadomo, który wyraz jest właściwszy i co znaczy w danym kontekście. Nie ma szans by nauczyć się czytać między słowami...Co innego- szlifować obcy język w kraju, w którym wszyscy go używają.
To taka sama różnica jak czytać o różnicach kulturowych a doświadczyć ich na własnej skórze. Ja byłam otwarta na nowe doświadczenia, przygotowana na zmiany, na odmienność, na nowość.

Pierwsze wizyty w urzędach sprawiły, że miałam nieodparte wrażenie, iż wszyscy bardzo uprzejmie i kulturalnie przytakując, nie słuchali ani jednego słowa. W swoim kraju wielokrotnie doświadczałam podobnych zachowań, w różnego rodzaju urzędach, więc w zasadzie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie ta przytłaczająca uprzejmość i szczerość w oczach urzędników. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, ze zakrawało to o empatię- każdy chce Cię wysłuchać, wesprzeć, wskazać drogę, poradzić... ale cokolwiek bym im nie powiedziała, w odpowiedzi słyszałam tylko różnie intonowane "Ja, yhyyyym, ja", w tej lub odwrotnej kolejności. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy gdybym przy kolejnej sposobności rozmowy z takim czy innym urzędnikiem zaczęła recytować przepis na ciasto - dajmy na to bananowe- czy ktoś wogóle by się zorientował?? Czy usłyszałabym wówczas inną odpowiedź niż przepełnione emocjami "Yhyyym, ja, yhyyym"?!
Jednak po kilku tygodniach przyjęłam taki sposób zachowania, jako właściwy urzędnikom wobec petentów. Być może była to ich dokładnie wyuczona i skrzętnie przestrzegana procedura działania. Ot, taki system i tyle. W owym czasie znałam już rzecz jasna słownikowe znaczenie słowa "egal" ale jeszcze wówczas nie odważyłabym się go powiązać z życiem administracyjnym, czy urzędowym mojego nowego miejsca zamieszkania:)

No właśnie- przyszedł czas na meldunek na stałe- jeden z tych momentów, kiedy to każdy poważnieje, chociaż sam nie wie dlaczego ani po co. Tak było i z nami. Szybko dowiedzieliśmy się bowiem, że obowiązuje tu bardzo osobliwy przepis meldunkowy. Mianowicie, jeśli choć jeden członek danej rodziny jest cudzoziemcem- cała rodzina ma obowiązek zameldować się w Auslenderamcie. W naszym przypadku oznaczało to, iż mój mąż, rodowity Niemiec, mówiący biegle jedynie po niemiecku, z niemieckim paszportem, nagle ma zameldować się w urzędzie dla obcokrajowców. Początkowo przeszło mi przez myśl, że to może jakiś żarcik, ale widząc pełne "zrozumienia" oblicze urzędnika, pojęłam, że zaraz wypowie on jedyną właściwą w tym momencie kwestię, którą już dobrze znałam..."Ja, yhyyym, ja"...
Tak więc zgodnie z obowiązującym prawem segregacji obywateli, oboje udaliśmy się "dać zapisać" do urzędu dla obcokrajowców. Niestety, tam także był zatrudniony człowiek pełen empatii i z tym samym szczerym wyrazem twarzy co poprzedni, wyjątkowo uprzejmie poinformował nas, że termin meldunku przypadać będzie za około 10 dni roboczych...Oczywiście bez meldunku niemożliwa jest tu normalna egzystencja, tzn praca, ubezpieczenie, stała opieka lekarza rodzinnego itd. ale chyba nietrudno się domyśleć jaka była reakcja urzędnika na nasze pytania z tym związane....

"Jaa, yhyyym, ja"...

Dodatkowo okazało się też, że czekając tak długo na stałe zameldowanie łamiemy prawo, nakazujące dokonać tej czynności w ściśle określonym terminie. Miała więc zostać nałożona na nas także kara administracyjna...oczywiście urzędnik nie mógł nam w niczym pomóc, tudzież zaradzić, tym bardziej, że jesteśmy przecież obywatelami z kategorii obcokrajowców.

Mniej więcej wtedy w końcu zrozumiałam prawdziwe znaczenie słowa EGAL...

Znalazłam też w internecie mało słownikowe ale bardzo życiowe wyjaśnienie, żałuję tylko, że tak późno, ale jak to mówią- lepiej późno niż wcale ------>

https://www.youtube.com/watch?v=ob0l82NNS28