Kilka dni temu oglądałam w internecie (tak, tak - mamy w końcu ten internet bez limitu!!) filmik, nagrany czyjąś komórką w jednym ze sklepów sieci Lidl w Polsce. Film był krótki ale wymownie prezentował zachowanie klientów, niemalże walczących pomiędzy sobą o towar- bo "rzucili torebki Wittchen" - jak przeczytałam w komentarzach na youtube...
Ktoś inny dodał, że w innych Lidlach też były walki. Ktoś napisał, że torebek było za mało, ktoś jeszcze, że czekał pod sklepem od 7rano.
"Wstyd mi za tych ludzi, wstyd mi za Polaków!!" pisała oburzona internautka. I te właśnie słowa stały się inspiracją do napisania tego posta.
Co prawda, to prawda- rzecz miała miejsce w Polsce. Ale czy nie mogłaby zdarzyć się gdziekolwiek indziej? Czy też polski Lidl ma wyłączność na "skandaliczne" akcje promocyjne? Czy winne są władze marketu czy to mentalność klientów czy cwana postawa handlarzy? No bo jak to jest, że w dzisiejszych czasach, co prawda bez kartek, ale jakże zacięte zastępy klientów, ustawiają się pod sklepem w kolejki, na długo przed otwarciem, aby zdążyć coś zakupić, żeby nie zabrakło, żeby być pierwszym, żeby...hm?
Tak się stało, że opowiadałam o tym filmiku, o tym, co zobaczyłam i przeczytałam, swoim znajomym. Jakże wielkim zaskoczeniem dla mnie była informacja, że im jest to bardzo dobrze znane. Przecież stali wiele razy! Nie, nie w Polsce, ale tutaj.
Ona:
"Pamiętasz, jak była wyprzedaż materacy?! Wstaliśmy o szóstej, chociaż Aldi to nasz najbliższy supermarket!"
On:
"A jak wprowadzili do oferty laptopy, to po pół godzinie od otwarcia były tylko dwa. Jeden kaputt."
Po kilku takich przykładach, dowiedziałam się, że kolejki przed otwarciem i walki w sklepie o towar odbywają się regularnie, jak tylko wyjdzie coś ładnego, modnego, z mocno obniżoną ceną.
Kilka dni potem, w gazetce informacyjnej marketu przeczytałam, że w ofercie od czwartku będzie kolekcja odzieży "metalicznej" czyli takiej, jaka jest tu teraz modna. Postanowiłam spróbować.
W czwartek, o 7.20 siedziałam już w samochodzie, na parkingu przed Aldi:) Moje zaskoczenie, pomieszane z niedowierzaniem, sięgnęło zenitu już 10 minut później, kiedy to pierwsza klientka ustawiła się z wózkiem przed zamkniętymi drzwiami supermarketu.
Siedziałam dalej.
Przez kolejne trzy minuty doszedł jeszcze starszy pan (!), dwie bardzo zagadane kobiety z wyjątkowo mocnym, jak na tę porę dnia makijażem i pani w chuście na głowie.
Siedziałam dalej.
Nagle nadjechał minibus. Po problemach z zaparkowaniem, w końcu wysiadła z niego starsza Pani w okularach. Bardzo elegancka.
Ja - wiadomo.
O 7.51 obawiając się, że przy takiej ilości ludzi, nie wejdę do sklepu przed 10, zdecydowałam się wyjść z samochodu i również zająć miejsce w kolejce. Natychmiast zorientowałam się, że istnieje także uzasadniona potrzeba obrony tego miejsca, żeby nie zostać wypchniętą z kolejki czy "wyłokciowaną".
Sklep otwarto punktualnie o godzinie 8.00. Zrobiła to pracownica zniesmaczona widokiem takiej ilości klientów. Wyglądała na zmęczoną od samych wyobrażeń, co ją czeka tego dnia. Wówczas przemknęło mi przez myśl, że jej współczuję.
Prawie wszyscy oczekujący natychmiast po otwarciu drzwi, pchali swoje wózki i ciała w kierunku koszy z ofertą odzieżową. Przesuwałam się z tłumem, mijając po drodze pachnące, świeże pieczywo, przy którym chyba nikt się nie zatrzymał.
Pierwsze ostre łokcie poczułam, jak tylko zatrzymałam się przy spodniach. Zdawało się, że towaru jest tak wiele, iż wystarczy dla wszystkich. Nie pomyślałam tylko, że odzież różni się nie tylko kolorami czy fasonami ale przede wszystkim rozmiarami. I to okazało się największym problemem i przyczyną kolejnych ciosów, które przyjęłam na żebra.
Przechodząc do ofensywy zadałam sobie sprawę, że różnię się teraz od klientów Lidla, nagranych kogoś telefonem.
Moje doświadczenie pokazało mi też, że w określonych sytuacjach, kiedy okoliczności temu sprzyjają, określone wzorce zachowań są powielane przez ludzi. Dzieje się to niezależnie od obywatelstwa, paszportu a nawet rasy. Nie ma to związku z granicami państw, a nawet z mentalnością Polaków, jak się okazuje. Chyba jedyną możliwością unikania podobnych zachowań, jest powstrzymywanie się od ofert tego typu w supermarketach;) Oczywiście ma to także związek z kulturą osobistą lub jej brakiem ale...
"To nie jest wcale polskie!"- chciałabym powiedzieć tej internautce, którą cytowałam na początku.
Ja tylko raz byłam świadkiem takiej sytuacji w Lidlu. Czekałam wraz z ludźmi na otwarcie marketu, ale nie było to w celu "rzucenia się" na aktualne promocję, a po prostu przechodziłam rano obok i zahaczyłam też o Lidl. Obserwowałam tych ludzi przez chwilę i pamiętam komentarz ekspedientek "Co tam się dzieje?". Przesuwali te całe wielkie kosze z produktami... pchali się na siłę, wyrywali sobie... Straszne... na szczęście ja byłam tylko po bułki, więc i kolejki w kasie mnie ominęły :P
OdpowiedzUsuńKomentarz ode mnie - Karolina :)
OdpowiedzUsuńHehe, no tak to mniej więcej wyglądało...plus jeszcze krzyki i łokciowanie ;) Dobrze, że nigdy nie ma tak przy stoisku z bułkami;P hihi;D
OdpowiedzUsuń